Jul 062010
 

Jest lipiec, słońce grzeje niemiłosiernie, mnóstwo ludzi na urlopach, a ja sobie przewrotnie powspominam, jak to się jeździło do pracy w innych porach roku.

Przez pierwszy rok więcej jeździłam po samym Stambule niż poza. Przede wszystkim codziennie pedałowałam do pracy, a właściwie dwóch prac, czyli z Acıbadem do Koşuyolu (szkoła językowa) i z powrotem lub z Acıbadem do Kadıköy (druga szkoła językowa) i z powrotem. Obie trasy są krótkie i wydaje mi się, że samochodem nawet nie byłoby szybciej – jeśli weźmie się pod uwagę czerwone światła i korki, oraz to że autem nie można sobie pojechać chodnikiem albo jednokierunkową ulicą pod prąd (nie żebym zachęcała do tego ostatniego, ale w tym mieście czasami trudno inaczej…)

Jeżdżąc do pracy musiałam pamiętać o zabraniu ciuchów na zmianę (łącznie z butami do spódnicy) i to nie tylko dlatego, że można się spocić pod górkę. Przez większą część roku Stambuł nie różni się zbytnio od Londynu czy Dublina, od października aż do kwietnia, a czasem nawet maja, prawie codziennie pada deszcz, choćby przez 10 minut, ale zawsze (znajomy Irlandczyk mówi, że dzięki temu czuje się jak w domu, melancholijno-depresyjnie).

Na deszcze przydały się nieprzemakalne spodnie, które właściwie kupiłam kiedyś do chodzenia po górach, ale widocznie są wielofunkcyjne. Raz tylko dałam się zaskoczyć ulewie – niebo było błękitne i bezchmurne, wiał przyjemny wiaterek, gdy wychodziłam z domu, więc nie chciało mi się brać niczego na zmianę -prowadziłam zajęcia w spodniach przemoczonych i zabłoconych prawie aż do samej pupy.

Przypominam też, że zima 2007/2008 to nie była jakaś turecka podróbka zimy, spadł najprawdziwszy na świecie śnieg, lepiło się bałwany i rzucało śnieżkami. A śnieg wywołuje w Stambule straszną panikę: zamykane są szkoły, większość ludzi nie idzie do pracy. Nie miałam o tym pojęcia wybierając się do pracy w pierwszy biały zimowy dzień, zresztą śniegu było tyle, co kot napłakał i wszystko stopiło się do południa. Przyjemnie się jechało po pustawych ulicach, dojechałam wcześniej niż zwykle, ale na darmo. Wszystkie zajęcia odwołane, sekretarka uważała to za taką oczywistość, że nawet nie zadzwoniła, żeby mnie uprzedzić.

Ciekawe, że Stambule wszelkie opady są dla niektórych ludzi wymówką, żeby spóźniać się jeszcze bardziej niż zwykle, choć paradoksalnie mogą one być doskonałą okazją, żeby gdzieś wreszcie zdążyć na czas. Oczywiście nie było by tak, gdyby ludziska wychodziły wtedy z domu, jak w każdy inny dzien, ale wiele osób w ogóle nigdzie się nie rusza w złą pogodę i na ulicach jest minimalny ruch. Jeśli ktoś już gdzieś się wybiera, to ma dużą szansę dotrzeć na miejsce przed czasem. Dlaczego więc jednak tak się nie dzieje?

A moe to te Cı€ zaınteresuje?

 Leave a Reply

(Kto do nas pisze?)

(wymagane)