Aug 112010
 

Głupota moja nie zna granic – dosłownie – dwa tygodnie temu przeprowadziłam się z Turcji do Polski (cały zamęt z tym związany tłumaczy przerwę w blogowaniu).

Pakowanie zajęło mi półtorej dnia, wcześniej oczywiście sprawdziłam, ile bagażu pozwalają zabrać węgierskie linie lotnicze Malev. Limit to 23 kilogramy bagażu głównego i 10 kilogramu podręcznego, czyli niewesoło dla kogoś, kto mieszkał zagranicą przez trzy lata i zdążył nazbierać dziesiątki kilogramów różnych różności, ale kto nie przeprowadza się z meblami i nie potrzebuje przewieźć wszystkiego tirem.

Nie miałam zamiaru zabrać ze sobą wszystkiego, bo to niemożliwe i tak na przykład rower postanowiłam zostawić w Turcji, ponieważ

  • nigdy jeszcze nie przewoziłam roweru samolotem i boję się kosztów

  • w Polsce czeka na mnie rower trekkingowy, który wystarczy mi na razie do przejażdżek po mieście i w terenie

  • i tak planuję kupić rower górski trochę lepszy od tego, który zostawiam w Turcji

  • znalazła się osoba chętna na przechowanie mojego roweru w Stambule, która na dodatek będzie z niego korzystać

Pomyślałam, że wezmę ze sobą kask (bo jest lekki, a po co w Polsce mam wydawać kasę na nowy) i zapięcie typu U (bo po co w Polsce mam wydawać kasę na nowy, a że jest ciężki, to świetnie się nada do mniejszej torby, którą chcę wypełnić 10 kilogramami, żeby maksymalnie wykorzystać limit). Nie wiem, co mnie podkusiło…

Zapięcie w bagażu podręcznym przeszło kontrolę na lotnisku w Stambule, nie było żadnych problemów. Potem była przesiadka w Budapeszcie i tam kontrolerzy byli bardziej sumienni. Pani poprosiła o otwarcie torby, spytała się, czy może w niej pogrzebać i szast prast wyciągnęła U-locka i pomachała mi nim przed nosem, z uśmiechem oznajmiając, że czymś takim mogłabym komuś nieźle przyłożyć, wobec czego musi zapięcie wyrzucić i tak też zaraz zrobiła. Zdążyłam jedynie rozdziawić gębę ze zdziwienia, że ktoś może ot tak sobie wyrzucić coś, co kosztowało mnie około 20 euro i po co musiałam kiedyś jechać specjalnie do Krakowa, bo nigdzie w Stambule nie sprzedają zapięć firmy LOX, a w Polsce też nie wszędzie.

Teraz myślę sobie, że bardzo chętnie kogoś bym takim kilogramowym zapięciem stuknęła – na przykład siebie w czoło. Że też byłam tak zaaferowana własną przeprowadzką, że nie pomyślałam w ogóle o terroryzmie szalejącym na świecie, zafiksowałam się na tych dziesięciu kilogramach i zapomniałam zastanowić się, czym z rzeczy znajdujących się w mojej torbie mogłabym potencjalnie kogoś zamordować – co za egoizm z mojej strony i jakże słusznie mnie za to ukarano! Od dzisiaj postaram się myśleć mniej jak porządny, spokojny obywatel, a bardziej jak zamachowiec lub morderca, bo to się najzwyczajniej w świecie opłaca.

To już drugi U-lock, który poszedł na straty. Z pierwszym pożegnałam się w 2007 – już opisuję całą historię:

Był to ekstremalnie nieudany tydzień, nic nie szło zgodnie z planem. Po pierwsze, przez pięć dni z rzędu jeździłam na posterunek policji do Aksaray, żeby załatwić pozwolenie na pobyt czasowy, stres z tym związany oceniam na 15 w skali od 1 do 10 i nawet nie chce mi się już pisać dlaczego, kto załatwiał, wie, o co chodzi. Po drugie, w okolicach Stambułu właśnie krążył tir, w którym znajdowała się paczka z moimi ciuchami zimowymi przesłanymi z Polski przez mojego brata. Problem w tym,  że tir w Stambule to jak igła w stogu siana – ciężko znaleźć. W całej tej bieganinie zgubiłam gdzieś klucz do zapięcia, a był to już klucz zapasowy (w jakich okolicznościach zginął ten pierwszy, nie pamietam zupełnie).

Szukaliśmy zguby po nocy z latarką na ulicy przy Urzędzie Miejskim w Kadıköy i mało nas nie aresztowali, bo z tą latarką wzbudzaliśmy nieziemskie podejrzenia, a z przejęcia zapomniałam o zabraniu z domu dokumentów (w Turcji zawsze lepiej mieć dowód osobisty lub paszport przy sobie, bo policjanci lubią ludzi legitymować).

Rower był zaczepiony do balustrady w budynku, gdzie mieściło się biuro Umuta. Moim zdaniem taka niebieściutka rama (najładniejszy odcień w całym sklepie) mogłaby być ozdobą niejednej klatki schodowej, ale właściciel uważał, że mu te dwa kółka tak szpecą korytarz, że nie da rady poczekać tydzień lub dwa, aż mi przyślą z firmy kolejny komplet kluczy. Teraz, gdy zostałam już oficjalnie uznana za terrorystkę i seryjną morderczynię, myślę że trzeba było wyciągnąć szprychę z koła i przystawić mu do gardła, a zaczekałby z pewnością. A tak, musieliśmy użyć piły elektrycznej w stosunku do zapięcia. Przecinanie trwało dobre 10 minut i hałas był niesamowity – wtedy ogromnie wzrosło moje zaufanie do U-locków i byłam bardzo niepocieszona, że nigdzie w Stambule nie mogłam kupić takiego samego. Zauważyłam, że tureckim rowerzystom często wystarcza zwykłe zapięcie. Umut miał takie przez około tydzień, do czasu jak mu dzieciaki gdzieś tego nie przecięły i potem musiał je ścigać po ulicy, żeby odzyskać rower – całe szczęście, że to była tylko taka kradzież-nie kradzież dla przejażdżki.

Tak to ostałam się z przedziwnym zestawem: zapięciem w trzech częściach bez kluczy i dwóch kluczach bez zapięcia.

A moe to te Cı€ zaınteresuje?

 Leave a Reply

(Kto do nas pisze?)

(wymagane)