Mar 272011
 
Wiecha autobusowa niedaleko Tavas

O 7 rano czynne są tylko brzydkie przystanki autobusowe

Kızılcabölük – Gölcük

Cz. 1 – Mapa trasy
Cz. 2 – Denizli – Pamukkale
Cz. 3 – Pamukkale – Denizli – Karataş Köyü – Kızılcabölük
Jesteś tu: Cz. 4 – Kızılcabölük – Gölcük

Opóźnienia

Nie dało rady wstać o zaplanowej porze – trzeba było odespać dwa wesela w Kızılcabölük. Zamiast o świcie, wyruszyliśmy przed 7 rano, czyli tragicznie też nie było. Staraliśmy się być cicho, ale niepotrzebnie; dzieciarni i tak nic by nie ruszyło, a cała starszyzna już była na nogach, wpadliśmy na nich w korytarzu. Obserwowali i kręcili głowami widząc, jak zbieramy graty do kupy, zakładamy kaski, wychodzimy za płot i machamy im na pożegnanie (i odmachali dalej kręcąc głowami – z dezaprobatą, zdziwieniem, czy podziwiem, któż by to zgadł…)

Jechało się cudownie – nie dość, że ranek i temperatura w sam raz, to jeszcze cieszący oko widok terenu płaskiego jak rozwałkowane ciasto na gözleme; bardzo przyjemna jest świadomość, że nic mnie nie zmęczy przez kilka godzin.

Około 7:00 minęliśmy skręt na Tavas, mój wyrzut sumienia, bo tam przecież mieliśmy planowo dojechać poprzedniego wieczora, zajrzeć do EP, czyli Ensar Pideci , czyli restauracyjki, którą bardzo miło wspominamy, i tam mieliśmy rozbić namiot w parku położonym zaraz naprzeciwko. Spóźniliśmy się o pół dnia.

Postoje

Zaraz za Tavasem wjechaliśmy na drogę D330, która dalej była idealnie rozpłaszczona, co jednak nie przeszkodziło mi zamarudzić, a nawet zagrozić, że bez postoju i śniadania nigdzie dalej nie pojadę. Zjedliśmy byle co, jakiejś resztki z wczorajszych kanapek. Miejsce było niezbyt atrakcyjne, obskurna wiecha autobusowa przy bocznej drodze, obok niej çeşme, z którego woda skapywała kroplami, więc trochę potrwało, zanim nazbierało się tego na herbatę – no cóż, w Turcji bez herbaty nie liczy się żaden posiłek, trzeba było odczekać. Potem trochę żałowałam, że nie wysiliłam się na dodatkowe kilkadziesiąt metrów, bo odrobinę dalej stała opuszczona stacja benzynowa, dziko zarośnięta, z równie opuszczoną knajpką postawioną tuż obok; powybijane okna straszyły, ale pozostawione na tarasie stoły i krzesła wyglądały zachęcająco. Pomachaliśmy duchom na pożegnanie, pewnie pokręciły głowami.

Wystarczyło minąć Kale, żeby było wiadomo, dlaczego ta trasa została wybrana na jeden z etapów Presidential Tour of Turkey w 2010 roku – jest tu ślicznie (doskonałe miejsce na promocję kraju) i wystarczająco trudno. Kolarze pokonali odległość z Marmaris do Denizli w zaledwie kilka godzin, a nam to zajmie dobrych kilka dni.

Kale (= zamek) ma nazwę nie od parady, w pobliżu współczesnego miasta leżą, stoją, wygrzewają się w słońcu ruiny czegoś, co kiedyś było twierdzą. Pierwszy trudniejszy podjazd zakończyliśmy decyzją, że należy nam się królewskie drugie śniadanie – w jakiejś miłej knajpce, z całym tureckim zestawem śniadaniowym i hektolitrami herbaty. O tej porze można było wreszcie liczyć na jakiś otwarty lokal. I rzeczywiście, jak tylko skończył się widok na ruiny dawnego zamku, coś się trafiło.

Przydrożny zajazd za Kale

Kolejne miejsce postojowe

Po tym popasie zaczęła się huśtawka na drodze, raz było z górki, raz pod górkę, powoli z nieba spływał coraz większy żar, ale nie narzekałam wcale i w zasadzie mogłabym tak jechać aż do wieczora, gdybyśmy się w Gökçeören nie spytali o dalszą drogę. Odpowiedź ostudziła nasz zapał do bicia rekordów – czekała nas 6-kilometrowa wspinaczka. Rzut oka na zegarek (akurat było samo południe) i na pobliską knajpkę (uśmiechały się do nas materace rozłożone w cieniu, hamak i pstrągi w basenie), wspomnienie ledwo przespanej nocy – zdecydowanie zasłużyliśmy na kolejny postój.

Niestety, z materacy pożytek był niewielki. Nawet w cieniu było jak w ukropie, na dodatek wyniuchały nas muchy i nie dawały spokoju, mimo ogromnych starań z drzemki wyszły nici. Zaczęliśmy powoli szykować się do drogi, na co właściciel knajpki zaoferował podwiezienie nas te 6 km, bo i tak ma jechać w tym kierunku za pół godziny. Jakoś łatwo się zgodziliśmy, zamówiliśmy też pstrąga, żeby wykorzystać dłuższy postój i zrobić z niego przerwę obiadową. I to był błąd, ponieważ przed samym odjazdem właściciel zażyczył sobie zapłatę za tę przejażdżkę, o której wcześniej nic nie wspomniał i czym nas niesamowicie zdenerwował, więc postanowiliśmy poradzić sobie sami.

Nie skłamał jednak ostrzegając, że będzie to niełatwy odcinek – dodając do tego najgorętszą porę lipcowego dnia, poczucie zupełnego zapchania smażoną rybą – było to po prostu masakryczne podejście, nie pamiętam z tej trasy żadnych widoków, chociaż podobno były pocztówkowe. Co gorsza, nie mamy żadnych zdjęć, które mogłyby posłużyć za dowód, że te okolice są warte takich męczarni – po prostu uwierzcie nam na słowo.

Najwyższe wzniesienie było w okolicach wsi Muratlar, tam też znajdował się punkt widokowy i knajpki, z którymi wiązałam duże nadzieje, bo marzyły mi się jakieś lody, smak nieistotny, byle były słodkie i zimne; niestety nie mieli żadnych. Ze słodkich rzeczy oferowali jedynie jakieś kruche ciastka, ale nimi wzgardziłam, sądząc że trafimy na jakieś inne, lepiej zaopatrzone miejsce. I to był kolejny błąd – okazuje się, że w takich okolicach, wprawdzie bardzo uroczych, chętnie odwiedzanych przez miejscowych i położonych tuż przy drodze, ale z dala od większych ośrodków miejskich, zaopatrzenie jest absolutnie minimalne. Trzeba brać, co dają, podziękować i śmigać dalej.

Za tym najwyższym wzniesieniem droga znowu była w stylu „huśtającym”, jechaliśmy albo w górę albo z góry, największe odchylenie jezdni od poziomu wynosiło 45% w okolicach Çakmak, można się było poczuć jak na deskorolce. Nie opuszczało mnie marzenie o lodach, rzuciłabym się nawet na ciastka, cokolwiek słodkiego, niestety w kolejnym punkcie gastronomicznym ze słodkich rzeczy dostępna była tylko herbata z cukrem, tym razem wybrzydzać nie wypadało, bo przed nami znowu widać było górki.

Widok na Kanion Geyik

Geyik Kanyonu - tam, gdzie jeleniowate pomykają między drzewami i zjadają turystów

A w „górkach” trzeba było urządzić kolejny postój, ponieważ przy drodze jest punkt widokowy na Geyik Kanyonu, który po naszemu mógłby się nazywać Kanion Sarenek, Jeleni albo Jeleniowatych, których to zwierząt i tak się nie wypatrzy z tej wysokości, ale można sobie powyobrażać. Gdyby ktoś chciał zwiedzić sam kanion, to jest to podobno wycieczka kilkudniowa i odradzane są samodzielne wyprawy; trzeba nająć przewodnika w sąsiednich wioskach – trudno ocenić, czy chodzi tu o rzeczywiste niebezpieczeństwo, turecką przesadę czy zmysł do interesów.

Czekając na muhtara

Za kanionem wypadało już wypatrywać jakiegoś miejsca na nocleg. Wybór padł na Gölcük, akurat się napatoczył po zachodzie słońca. Od razu zauważyliśmy grupki mężczyzn przesiadujących w kıraathane, czyli takiej knajpie dla facetów, w której herbata leje się strumieniami, i w której kobiety nie są mile widziane, chyba że taka kobieta jest obcokrajowcem, ponieważ obcokrajowcom generalnie wiele się w Turcji wybacza, a więc przesiadywanie w kiraathane również. Zamówiliśmy herbatę i lody, z każdego smaku po jednej gałce (jakiś przepyszny, lokalny wyrób).

Właściciel knajpki sugerował, że najlepiej będzie rozbić namiot na terenie posesji, która należy do gminy i w której urzęduje leśniczy, bo jest ogrodzona płotem, a więc bezpieczna; jedyny problem jest taki, że akurat nikogo tam nie ma i brama jest zamknięta, mógłby ją otworzyć muhtar, czyli ichni sołtys, i najsensowniej będzie na niego poczekać. Muhtar, jak dobry gospodarz, ma zwyczaj robić wieczorny obchód po wszystkich kiraathane w wiosce, a jest ich w Gölcük aż pięć – do każdej należy zajrzeć, wszędzie trzeba przysiąść, napić się herbaty i pogadać z ludźmi, czyli mężczyznami, czyli wyborcami.

Finał

Tymczasem do „naszej” kıraathane zaczęło schodzić się coraz więcej osób, bo był to wieczór szczególny, finał piłkarskich mistrzostw świata (11.07.2010), walczyć mieli Hiszpanie z Holendrami; powoli wypełniały się rzędy krzeseł przed telewizorem. W celu zrekompensowania kalorii straconych w drodze do tego miejsca, na pierwszą połowę zafundowałam sobie kolejną porcję lodów, znowu we wszystkich dostępnych smakach.

W czasie przerwy pobiegliśmy do meczetu i w ekspresowym tempie umyliśmy się przy zainstalowanych tam kranikach, których normalnie też używają tylko faceci do ablucji przed modlitwą, ale na szczęście żaden się tam nie kręcił. Inne szczęście polegało na tym, że z tych kraników leciała ciepła woda. Mycie się w takim miejscu, jakby nie było publicznym, na dodatek pod strzechą „domu Allahowego”, wymaga nie lada umiejętności akrobatycznych i kamuflujących. Umywalki te są zwykle używane do tego, żeby symbolicznie spryskać wodą to i owo. Z taką świadomością człowiek czuje się głupio czając się tam z mydłem, pastą do zębów, szczoteczką, szamponem, zdrapując smar z łydek i spłukując pianę z włosów.

Meczet w Golcuk

Gościnne Gölcük

Zaraz po gwizdku rozpoczynającym drugą połowę właściciel kıraathane powiedział, że nie ma już co liczyć na przyjście muhtara, widocznie gdzieś indziej się zasiedział na meczu. Zaproponował nam rozbicie namiotu w kıraathanowym ogródku. Rozłożyliśmy wszystko w ciągu kilkunastu minut, tracąc z oczu jedynie kilka minut transmisji. Finał wciągnął nas już na dobre. Niestety, mimo że skończyła się druga połowa, końca meczu nie było widać zupełnie, bramki ani jednej. Uratował nas dopiero Andres Iniesta w 27 minucie dogrywki; wiedząc, kto dostanie puchar, można było wreszcie spokojnie się położyć.

Denizli-Marmaris. Część 1 – Mapa całej trasy
Denizli-Marmaris. Część 2 – Denizli – Pamukkale
Denizli-Marmaris. Część 3 – Pamukkale – Denizli – Karataş Köyü – Kızılcabölük
Jesteś tu: Część 4 – Kızılcabölük – Gölcük

A moe to te Cı€ zaınteresuje?

 Leave a Reply

(Kto do nas pisze?)

(wymagane)