Jan 192011
 

Turecka kobieta wałkuje gozleme

I byle bliżej do Marmaris

Cz. 1 – Mapa trasy
Cz. 2 – Denizli – Pamukkale
Jesteś tu: Cz. 3 – Pamukkale – Denizli – Karataş Köyü – Kızılcabölük
Cz. 4 – Kızılcabölük – Gölcük

Turecki slow food

Każdy rowerzysta prezentuje jakiś profil psychologiczny, i chociaż nie ma się czym chwalić, swój mogę opisać od razu – turecka kawa na ławę – jako marudząco-anemiczny. Po zwiedzaniu Pamukkale niestety nie mogłam wykazać się spowolnieniem, ponieważ jechaliśmy z górki, za to zaczęłam narzekać. No cóż, było na co.

Najpierw na pusty żołądek i odwodnienie. Zasiedliśmy w jakiejś małej knajpce, gözleme to nie fast food, trzeba było swoje odczekać. Zwykle przyjemnie jest pogapić się na całe przedstawienie towarzyszące przygotowaniu tej właściwie prostej potrawy (coś a la naleśnik z farszem), ale wygłodziłam się tak, że cała ta celebracja odbywająca się przed moimi oczami – wałkowanie ciasta, układanie go na rozgrzaną blachę, obracanie, ściąganie z blachy, myzianie masłem, posypywanie serem, a potem pietruszką, a potem znowu serem, zawijanie, w międzyczasie zagadywanie dzieciaków kręcących się w pobliżu, układanie zawijasów na talerzach – była mi po prostu nie w smak. Dobrze, że woda była dostępna od razu i bez żadnych ceregieli.

Poza tym koszmarnie rozbolała mnie głowa, od słońca, najzwyczajniej w świecie mózg mi się gotował, dlatego zatrzymywaliśmy się przy każdym napotkanym çeşme (przydrożny kranik z wodą), ściągałam kask, wsadzałam głowę pod zimny strumień, potem kask z powrotem, i jechałam do następnego çeşme kilkaset metrów dalej, na kolejny prysznicowy przystanek. Planowo mieliśmy dojechać na nocleg do Tavas, ale marnie ten plan się prezentował.

Uśmiech tureckiego policjanta – bezcenny

turecki policjant za biurkiem

"Czekam na ważny telefon" (www.rize.pol.tr)

Znowu trzeba było przejechać przez całe Denizli, które jest kiszkowato długie. Umut wyrwał radośnie do przodu i nawet się nie zorientował, że zatrzymała mnie policja i przesłuchiwała przez całe 15 minut. Mundurowi sympatycznie się uśmiechali i najwidoczniej zaczepili mnie dla rozrywki; tak ich rozbawiło jedyne zdanie, które potrafiłam wydukać po turecku w tej sytuacji – „jestem z Polski i jadę w kierunku Marmaris” – że zadzwonili do kolegi, którego nie wiem dlaczego nazywali szefem („musisz to powiedzieć naszemu szefowi”), chyba z posterunku, i kazali mu to powtórzyć przez telefon. „Szef” na początku nie zrozumiał dowcipu, ale „podwładni” wyrwali mi telefon i albo mu wytłumaczyli, albo przekonali własnym nieokiełznanym chichotem, i już sobie wyobrażałam, jak müdür szczerzy zęby za biurkiem (w tle z Atatürkiem i flagą na ścianie – rym celowy).

Nie miałam nic przeciwko, niechby obdzwonili całe miasto, niech mnie wszyscy pokazują palcem i tarzają się ze śmiechu, byle nie kazali mi okazywać żadnych dokumentów, bo dopiero na widok tych policjantów uświadomiłam sobie, że paszport zostawiłam w domu (trochę zmókł w czasie poprzednich wycieczek i już nie chciałam ryzykować, nawet w pełni lata i rzut beretem od Riwiery Tureckiej). Po chwili spoważnieli, jednak nie po to, żeby wylegitymować cudzoziemca, tylko by pełnym troski głosem uprzedzić mnie, że do Marmaris pewnie nie zdążę dojechać przed wieczorem. Bardzo ich w tym momencie polubiłam. Za to że się martwili i za naiwne przekonanie że ktoś taki jak ja, gdyby tylko wyjechał z Denizli o świcie, byłby w stanie dojechać do Marmaris przed zmierzchem – sama nie mam takiej wiary we własne siły, zresztą nie musiałam mieć, bo żadnego pośpiechu nie było. To wycieczka krajoznawcza, a nie Presidential Tour of Turkey.

Tour of Denizli

Denizli kojarzy mi się z tą niekończącą się główną ulicą, dziwnie drogimi owocami w sklepach (a przecież to był sezon chyba na wszystko oprócz pomarańczy) i zadziwiająco dużą, jak na tureckie warunki, ilość rowerzystów. Ponieważ zbliżał się dzień jakiejś sporej lokalnej imprezy rowerowej, mijaliśmy ich co chwilę, machając na przywitanie. Jedna taka trzyosobowa grupa podążała w tym samym kierunku, czyli poza miasto w stronę Tavas; okazało się, że są z Denizli Bisikletler Derneği (stowarzyszenie rowerzystów w Denizli). Znowu zostałam w tyle, bo „chłopcy” musieli się pościgać, akurat było wzniesienie, i jeszcze jedno, i kolejne, i tak dalej… a ja jestem ponad takie męskie popisy.

Psiejsko-czarodziejsko

Samotnie wlokłam się pod górę, powtarzając sobie w myślach zwyczajową mantrę „byle zaraz było z górki, byle mnie nikt nie rozjechał, byle skręcić w jakąś węższą i sympatyczniejszą drogę, byle gdzieś się zatrzymać i coś znowu zjeść”. Siły wyższe znowu mnie wysłuchały i spełniły wszystkie moje życzenia, chociaż na ten ostatni punkt musiałam poczekać prawie do wieczora, bo przez długi czas był las, a potem przedziwne letniskowe miejscowości, w których nie było żywego ducha, jeśli nie liczyć wyjących psów, wreszcie trafiła się chałupa, koło której kręciło się parę osób. Przy samej ulicy urządzili nam „stoliczku nakryj się” – własnej produkcji sery, mleko prosto od krowy, pomidory i papryka z ogródka, chleb domowej roboty. Wyczarowano też dla nas herbatę, oczywiście nie tak od razu – pstryk i jest – tylko zgodnie z obowiązującym niespiesznym zwyczajem.

Nie mogliśmy się dłużej łudzić, że przed zmrokiem zdążymy do Tavas, magiczna Karataş Köyü wydawała się najrozsądniejszym w tej sytuacji polem namiotowym, ale mieliśmy wrażenie, że nie za bardzo oddaliliśmy się od Pamukkale, poza tym przed nami były znowu górki i chyba nie mogłabym zasnąć z myślą, co mnie czeka z samego rana, dlatego zdecydowalismy się jechać dalej. Szybko okazało się, że była to bardzo głupia decyzja, bo robiło się coraz ciemniej, górki przemieniły się w górzyska, a na dodatek straszyły mnie psy, niewidoczne, ale wściekle ujadające nie wiadomo skąd. Z mapy wynikało, że za kilka kilometrów pojawią się jakieś wioski.

Spóźnialscy mafiosi na tureckim weselu, a właściwie dwóch

światła samochodu w nocy

Ktoś się czai na drodze. (www.imageshack.us)

Jakąś godzinę później była już zupełna ćma. Oprócz wyjących psów przestraszył mnie nagle jakiś samochód, który zatrzymał się kawałek przed nami i stał sobie z zapalonymi światłami, słychać było różne głosy, a najbardziej męski. Zmieniłam słowa mantry na „oby się nie okazało, że jesteśmy mimowolnymi świadkami porachunków tureckiej mafii”. I od razu mafiosi zamienili się w turecką rodzinę: matka, ojciec i dwie córki. Poczułam się bezpiecznie, jak we własnym domu.

Przywołali nas do siebie – oto jest çeşme z najsmaczniejszą wodą w całej okolicy, a my na pewno umieramy z pragnienia. Powiedziałam Umutowi od razu, że niech im przekaże, że ja dziękuję, ale nie umieram, mam prawie całą butelkę. Nie dali za wygraną – kazali nam koniecznie spróbować tej wody, żeby się osobiście przekonać o jej szczególnych walorach, oni sami przejechali parę kilometrów specjalnie po nią (rzeczywiście napełniali jeden baniak za drugim), więc jeśli mieliśmy szczęście trafić tu przypadkiem, to na naszym miejscu w ogóle wylaliby tę wodę z poprzedniego çeşme i uzupełnili bidony tutejszą. Dalszy opór nie miał najmniejszego sensu, odkorkowałam wszystkie butelki, podawałam po kolei Umutowi, a pełne zakręcałam z powrotem.

Pojawiła się kolejna propozycja nie do odrzucenia. Oto przed nami jest najwyższa góra w okolicy, ciemno że oko wykol i niebezpiecznie, powinniśmy załadować rowery do ich bagażnika i przejechać się samochodem do miasteczka, gdzie możemy rozbić namiot nawet w ich ogródku. Córki ucieszone, słychać chichot na tylnym siedzeniu. Odmówiliśmy częściowo – nie ma mowy, żebyśmy oboje jechali (nie da rady wpakować dwóch rowerów z sakwami do bagażnika), nie ma mowy, żebym jechała sama (zupełnie serio obawiam się, że turecka rodzina jednak zamieni się z powrotem w turecką mafię, chociaż nie mówię tego głośno), więc zgadzamy się tylko na nocowanie w ich ogródku i zapamietujemy nazwę miasteczka (Kızılcabölük), ulicę, opis domu i nazwisko rodziny. Samochód ruszył, my też, pomachaliśmy sobie na pożegnanie.

Góra przerastała moje siły o tej porze (kłamię – żadna pora nie byłaby dobra), musiałam w pewnym momencie zejść z siodełka i iść. A tu nagle – deja vu – znowu stoi przede mną mafijny samochód, w dodatku cofa się w moją stronę; słyszę roześmiane nastolatki. Ich tata zatrzymał się i przez otwarte okno, wraz z żoną, próbują przemówić mi do rozsądku, Umut jest daleko przede mną, widzę tylko migające czerwone światełko. Wsiadam na rower i sunę wolno pod górą, a oni tuż przy mnie. Jest mi naprawdę bardzo wstyd, że nie potrafię jechać tak szybko jak Umut, albo faceci z Denizli Bisikletler Derneği, a poza tym nienawidzę nastolatek i z czułością wspominam policjantów, nawet oni tak nie rechotali.

Po trzech takich akcjach i wreszcie prośbach Umuta, żeby nie nalegali, bo Olga jest uparta i wcześniej czy później dotrze na miejsce, dali nam spokój i odjechali. Przynajmniej tak to wyglądało, bo dopiero po prawie godzinie okazało się, że zatrzymali się na samym szczycie i czekali tam z wyłączonymi tym razem światłami, żeby oznajmić, że odtąd jest już z górki, więc my pojedziemy szybko, a oni za nami, żebyśmy na pewno trafili do tego miasteczka i ich domu. I tak właśnie zrobiliśmy, bo z mafią przecież jeszcze nikt nie wygrał.

W pewnym momencie wykonali wręcz filmowy manewr – wyprzedzili nas i zagrodzili drogę, usłyszeliśmy autorytarne „a teraz zsiadajcie z rowerów i wchodźcie do samochodu, bo nasze córki chcą spróbować jazdy na rowerze”.

Gdybym była bardzo złośliwa, to mogłabym się w odwecie zaśmiewac do woli na tym tylnym siedzeniu, bo dziewczyny nie bardzo sobie radziły z tak załadowanymi rowerami, a jedna się nawet wywróciła, ale nie poddawały się aż do samego miasteczka.

tureccy goscie weselni

I tyleśmy widzieli. (www.torhasan.com)

Nasi przewodnicy zaskoczyli nas jeszcze jedną propozycją – chociaż czy było to zaskoczenie? Właściwie to już wszystkiego się po nich spodziewałam. Tak więc nie udało nam się wymigać od uczestniczenia w dwóch biesiadach weselnych, na które oni byli zaproszeni przez rodziny nowożeńców, a my pośrednio przez nich. Zostawiliśmy rowery i wszystkie rzeczy w ich gościnnym domu. W ekspresowym tempie „zaliczyliśmy” pierwsze wesele – zostaliśmy zapoznani z rodzicami młodych i bufetem, z powodu tłumu nie dało rady złożyć życzeń nowożeńcom, zresztą panna młoda była zajęta tańczeniem i zbieraniem banknotów, które goście znienacka upychali w jej kieckę.

Nasz nowy znajomy/mafioso łączył większe nadzieje z drugim weselem, ponieważ zakupił parę piw po drodze, i rodzina młodych z trudem, przy wsparciu Umuta, wyperswadowała mu ich spożycie w domu weselnym. Oba wesela były z założenia bezalkoholowe. Normalnie takie imprezy kończą się o 24:00 lub 1:00, ale ta para miała pecha, w okolicy zdarzył się jakiś wypadek – policjanci kazali im wyłączyć muzykę i wracać do domu już o 23:30.

Nie skończyło się jednak nasze imprezowanie – zostaliśmy zaproszeni na prywatną posiadówkę przy herbatce, piwie i zapachu ogrodowej bazylii; gdybym nie marudziła, to pewnie siedzielibyśmy tak do samego rana.

Nie było mowy o nocowaniu pod namiotem – porywacze/gospodarze ulokowali nas w pokoju gościnnym.

Denizli-Marmaris. Część 1 – Mapa całej trasy
Denizli-Marmaris. Część 2 – Denizli – Pamukkale
Jesteś tu: Część 3 – Pamukkale – Denizli – Karataş Köyü – Kızılcabölük
Część 4 – Kızılcabölük – Gölcük

A moe to te Cı€ zaınteresuje?

  One Response to “Byle dalej od Pamukkale”

  1. Proszę o informację ile jest kilometrów z Marmaris i z Antalya do Denizli i jakimi środkami można tam się dostać.
    Pozdrawiam.
    jm

 Leave a Reply

(Kto do nas pisze?)

(wymagane)