Aug 162010
 

Przyznaję się, że piszę tego bloga nie tylko po to, żeby sobie powspominać dla samej przyjemności wspominania. Mam taką skrytą nadzieję, że ktoś przeczyta te wpisy i zachęci się do zwiedzenia Turcji na dwóch kółkach, że wpadnie w pułapkę, że uda mi się kogoś przekonać, że pozornie niemożliwe da się zrobić – i że na przykład rowerem po Stambule też się można poruszać. W tym celu powinnam pewnie zacząć od wyliczania, gdzie w Stambule jest płasko, gdzie można sobie pojeździć łatwo i przyjemnie, zupełnie bezboleśnie i prawie nie pedałując, ale takich miejsc jest bardzo mało i też trzeba do nich jakoś dojechać, niestety. Trzeba się po prostu od razu przygotować na najgorsze.

Stambuł jest położony na wzgórzach i gdziekolwiek by się nie wybrać, jakieś wzniesienie się napatoczy. Należy je wszystkie pokonywać przede wszystkim pozytywnym myśleniem.

Po pierwsze, pocieszam się, że jak już naprawdę nie dam rady, to zawsze mogę zejść z rowera, bo przecież nikt mnie do niego nie przywiązał, a chodzić też potrafię.

Po drugie, skoro teraz jest pod górkę, to później będzie z górki. Tak się można pocieszać w Stambule, ale w innych częściach kraju – niekoniecznie. Zatem tym bardziej nad Bosforem staram się o tym pamiętać.

Po trzecie, dobrze jest myśleć o nagrodach. Nagrodą może być piękny widok albo cudowne żarcie:

Jeśli uda mi się wjechać na wzniesienie Çamlıca, to czeka na mnie piękna zieleń (trawa i drzewa), knajpka z tarasem, a z tego tarasu widok na Bosfor i zachodzące słońce pod wieczór (Bosfor widać przez cały dzień, rzecz jasna). Knajpka jest państwowa, ceny przystępne i na przykład naleśniki z farszem warzywnym – przepyszne.

Wyspy można traktować jako płaski teren, jeśli objeżdża się je dookoła, ale na przykład na Burgazada (tej trzeciej pod względem wielkości) można wjechać na górkę, gdzie bardzo rzadko zaglądają inni ludzie. No to po co tam się pakować? Ano po to, by cieszyć się wrażeniem, że ma się na własność tę wyspę i morze dookoła. Z góry widać też wszystkie inne wyspy, a nawet anatolijski ląd zabudowany szczelnie aż po Tuzlę, ale do tego widoku akurat obracam się plecami, bo przecież mam go na codzień, a na wyspie chodzi o to, żeby poczuć się jak w raju.  Na górce tej nie ma żadnej knajpki i szczerze mówiąc mam nadzieję, że nigdy nie będzie – wystarczy przecież zabrać butelkę wina ze sobą.

A ostatni przykład może się nie wszystkim spodobać – jazda pod górkę z Karaköy do Taksim. Nie chodzi mi o tę stromą uliczkę prowadzącą prosto do wieży Galata, bo można tę górkę objechać bocznymi uliczkami (tymi gdzie w większości sklepów sprzedają rozmaite artykuły oświetleniowe, co prawda też jest pod górkę, ale lżej). Kontrowersyjność przykładu polega na tym, że trudno powiedzieć, czy znalezienie się u celu wyprawy, czyli na İstiklal lub Taksimie, jest nagrodą czy karą. Miejsce jest modne, przyciąga tłumy, jeśli się cierpi na tłumowstręt, to może być ciężkie doświadczenie. Na szczęście opanowałam human surfing do perfekcji, mogę przejechać całą İstiklal nie krzywdząc nikogo po drodze i sama pozostając bez uszczerbku. Po co jednak jechać aż do Taksim, kiedy mniej więcej w połowie tej alei znajduje się İnci, przytulna cukiernia, w której zatrzymał się czas, wystrój jest taki sam, jak na fotografiach sprzed pół wieku (można porównać – wycinki ze starych gazet wiszą na ścianach) i gdzie sprzedają najlepszy profiterol pod słońcem tureckim, a może nawet ogólnoświatowym. İnci jest szczególna również dlatego, że właścicieli nie interesuje rozprzestrzenianie się, tworzenie dziesiątek filii, podbijanie rynku, zwiększanie obrotów, zysków czy czego tam jeszcze  – można ją znaleźć tylko w jednym miejscu, a na dodatek najpierw trzeba jak zwykle pomęczyć się trochę pod górkę.

My w Inci

Zasłużyliśmy na te kalorie.

A moe to te Cı€ zaınteresuje?

 Leave a Reply

(Kto do nas pisze?)

(wymagane)